Europejskie Święto Bursztynu
Rajdy rowerowe
Konferencje
Targi Turystyczne
Plenery
Wydawnictwa
Pieniądze unijne
Media o nas
Galeria
Multimedia

Ścigali się na szlaku bursztynowym

Prawie 800 zawodników wystartowało w bursztynowej edycji Bike Maratonu 2010, który odbył się w sobotę, 28 sierpnia w Wieluniu. Pogoda nie oszczędzała amatorów jazdy na rowerze, ale ani błoto, ani padający deszcz nie zniechęcały zapaleńców z całej P...

Cykliści powrócą na trasę bursztynowego Bike Maratonu

Przypominamy, że w sobotę 28 sierpnia w Wieluniu odbędzie się Bursztynowy Bike Maraton. Impreza została przełożona z dnia 22 maja, kiedy to trasy Załęczańskiego Parku Krajobrazowego znalazły się pod wodą. Organizatorzy przedsięwzięcia, czyli Grab...

Nauka historii i zabawa w jednym, czyli Europejskie Święto Bursztynu

Poszukiwanie bursztynu nad brzegiem Warty, pokaz tradycyjnej obróbki „złota północy”, walki rycerskie i obrzędy weselne - tak w skrócie wyglądało IV Europejskie Święto Bursztynu, które odbyło się 14 i 15 sierpnia 2010 w Konopnicy i Wiel...

Bezpłatny dojazd do Konopnicy

Uprzejmie informujemy, że bezpłatny autobus na Europejskie Święto Bursztynu odjedzie w sobotę, 14 sierpnia do Konopnicy o godz. 15.00 spod marketu Kaufland. Planowany powrót z miejsca imprezy godz. 22.00. Serdecznie zapraszamy! ...

Wieluńscy cykliści zdobyli Grunwald

Dwunastu rowerzystów z Wielunia wróciło już z wyprawy pod Grunwald. Promocyjny rajd trwał 6 dni. Cykliści pokonali trasę ponad 500 km i wzięli udział w obchodach 600-lecia zwycięstwa króla Władysława Jagiełły nad Krzyżakami. ...
Rajd Wilno-Wieluń Relacja | Drukuj |

Ciągle pada, czyli jak podczas deszczu nie stracić dobrego humoru

– relacja z III Promocyjnego Rajdu Rowerowego Szlakiem Bursztynowym Wilno-Wieluń, poświęconego pamięci Augustyna Rotundusa Mieleskiego.

„Dzień bez deszczu dniem straconym” – to hasło rzucone przez Gosię trochę na wyrost, stało się mottem naszego tegorocznego rajdu. Nie było bowiem dnia, kiedy nie zmoczyłoby nas podczas tej 9-dniowej wyprawy rowerowej z Wilna do Wielunia. Ale po kolei… Litwa powitała nas niezbyt łaskawie. Deszcz oraz kilka zaledwie stopni powyżej zera - tego na początku czerwca nikt się chyba nie spodziewał. Jakby na przekór pogodzie, zdecydowanie bardziej gościnny okazał się nas litewski gospodarz – Giedrus, który oddał nam do dyspozycji swój prywatny dom, mieszczący się w środku lasu niedaleko Troków. Drewniana chałupa, w której zdobycze cywilizacyjne spokojnie sąsiadowały z m.in. chodakami i lampą naftową to nie koniec niespodzianek. Prawdziwą furorę bowiem zrobiła sauna i bania z gorącą wodą. A na ochłodę naturalne bajorko.

W Trokach

 

Po takich kąpielach i zahartowaniu wyruszyliśmy pierwszego dnia w podróż do Wilna. Po drodze zamek w Trokach i prosto do stolicy. Tam czekał nas bursztynowy masaż stóp i nieco bardziej oficjalna uroczystość a mianowicie odsłonięcie kamienia milowego Stowarzyszenia Polski Szlak Bursztynowy. Dokonał tego nasz litewski gospodarz i jednocześnie właściciel kamienicy z numerem 15, przedstawiciel ambasady polskiej i starosta wieluński Andrzej Stępień. Nastąpiło też poświęcenie kamienia i przy okazji naszych rowerów. Poprzedziła to natomiast wzruszająca wizyta w Ostrej Bramie. Krótka modlitwa i błogosławieństwo dodało nam sił do dalszej drogi. Przesympatyczny ksiądz, który doskonale radził sobie z językiem polskim, mówił o trudach podróży i deszczu, który jest jednym z nich. Chyba gdzieś psychicznie przygotowywał nas na codzienną dawkę tego „dobrodziejstwa”. My jednak cały czas wierzyliśmy zapewnieniom meteorologów, że chłód i deszcz, jakimi przywitała nas Litwa lada dzień zamienią się w słońce i upał. Niestety nie nastąpiło to podczas zwiedzania Wilna, kiedy to kilka razy chowaliśmy się w bramach, by nie przemoknąć do suchej nitki. W wielu tych miejscach mieszkał niegdyś nasz wieszcz Adam Mickiewicz.

Pod górkę


Drugi dzień naszej podróży nie był zbyt ciepły, ale za to wglądało słońce i kropiło niewiele. Nasza trasa wiodła do Kernave, gdzie mieści się rezerwat światowego dziedzictwa UNESCO. Ochroną objęty jest ogromny obszar wykopalisk archeologicznych, gdzie znaleziono ślady życia sprzed tysięcy lat. Fascynująca historia oraz pięć starożytnych grodzisk tworzą rdzeń tej niewielkiej miejscowości. W dalszą trasę wyruszyliśmy po sutym obiedzie. Może nawet zbyt obfitym, ale jak tu oprzeć się tradycyjnej kuchni litewskiej i cudownym wręcz cepelinom? Spora dawka energii bardzo się przydała. Nasza dalsza droga to pagórkowata trasa wiodąca wśród malowniczych jezior. Cudowne widoki, iskrząca w słońcu woda w pewien sposób rekompensowały niesamowity wysiłek, jaki towarzyszył kolejnym podjazdom. Zmęczeni, ale usatysfakcjonowani opuszczaliśmy tego dnia Litwę… Trzeciego dnia okazało się, że Polska też nie zamierza nas rozpieszczać, jeśli chodzi o pogodę. Niedzielny poranek w Suwałkach to dosłownie ściana deszczu. Odjazd się odwlókł, w końcu wsiedliśmy w autokar. Ale jazda na czterech kółkach to nie to samo, co na dwóch. Mimo siąpiącego deszczu, w Starych Juchach wyciągnęliśmy nasze jednoślady i wyruszyliśmy w dalszą trasę do Piszu. Mazurskie wioski mają brukowane ulice. Mokre kamienie nie pozwoliły na zbyt szybką jazdę. Pozostała nam więc przyroda dookoła i przetaczające się nad naszymi głowami czarne chmury.

Arkadia – istna sielanka


Poniedziałkowa wyprawa do Ostrołęki to bardzo przyjemna droga przez kurpiowskie lasy. Tuż przed Kadzidłem tradycyjnie się rozpadało. Na szczęście, kiedy przemoczeni dojechaliśmy do autokaru, przestało padać i wyszło słońce. Przebrani poszliśmy zwiedzać skansen. Kadzidło, jak się dowiedzieliśmy, to dawne zagłębie bursztynu, z którym konkurować mógł tylko Gdańsk. W okolicy tej niewielkiej kurpiowskiej miejscowości istniało przed laty około 100 kopalń bursztynu. Nasz przewodnik najpierw się spóźnił a potem w dosłownie ekspresowym tempie postanowił przybliżyć nam dawne życie mieszkańców zielonej puszczy. Kurpiowski chodak dla dziecka a raczej uchwyt umocowany na kiju pomiędzy podłogą a sufitem, był tylko jedną z wielu rewelacji, jakimi zaskoczył nas przewodnik. Najobrzydliwszą z nich była chyba kara, jaką dawniej stosowano za kradzież. Przywiązywano złodzieja do drzewa i wypruwano z nieszczęśnika jelita. Jak to dokładnie wyglądało, tego nie wiedział nawet przewodnik. Grunt, że kara była skuteczna i dawniej poważniejszych niż kradzież przestępstw, na Kurpiach nie było. W dalszą drogę wyruszyliśmy bogatsi o dawny kodeks karny. Droga na Ostrołękę wiodła przez las. I tu… spore zaskoczenie. Deszcz, który tak nas zirytował przed Kadzidłem, teraz okazał się zbawienny. Gdyby nie on prawdopodobnie dużo trudnie byłoby przejechać kilkukilometrową piaszczystą ścieżką. Postój w Lelisie zapowiadał się jak jeden z wielu. Ale taki nie był. Kustosz miejscowego muzeum przeszedł samego siebie. Śpiewająco przedstawił nam historię Kurpiów i zajął zdecydowanie więcej czasu niż go mieliśmy. Spieszyliśmy się już bowiem na obiadokolację. W Ostrołęce posiłek taki wygląda tak, że najpierw dostaje się dwudaniowy obiad a następnie kolację i deser. Nasze żołądki zdecydowanie nie były na to przygotowane, dlatego Markowi przypadło kilka dodatkowych szarlotek. Wtorek to pierwszy tak naprawdę ciepły dzień naszej wyprawy. Droga wiodła znów przez las, asfaltowymi, ale niezbyt ruchliwymi trasami. I całe szczęście. Dzięki temu mogliśmy do woli rozkoszować się słońcem i przyrodą. I tak aż do Pułtuska, gdzie mieliśmy obiad. Znów zbyt obfity, ale tłumaczymy to sobie, że musimy mieć siły, by pedałować. Po obiedzie jest chwila odpoczynku. Jedni jadą na zamek, inni po truskawki… Sygnał do odjazdu i dalej w trasę. Rozdzieliliśmy się na kilka grup. Po drodze tradycyjnie złapał nas deszcz. Schowani na przystanku wpadliśmy na genialny pomysł zbudowania fałszywego fotoradaru. Statyw, aparat i migająca lampka. Agnieszka i Mikołaj w odblaskowych kamizelkach. Wszystko to wystarczyło, żeby kierowcy zdejmowali nogę z gazu. Niestety deszcz nie ustał już do samego wieczora. Kolacja z grilla była pyszna, ale ze spaceru nad Zalewem Zegrzyńskim nici... Rano następnego dnia zaskoczyło nas bystre słońce. Z uśmiechami na twarzy wyruszyliśmy więc w kierunku Nowego Dworu Mazowieckiego i Twierdzy Modlin. Stamtąd trasa wiodła przez Puszczę Kampinoską. Ten odcinek każdy pokonał chyba inną drogą - grunt, że wszyscy odliczyli się na obiedzie w Niepokalanowie. Nocleg w Nieborowie zrobił na nas wrażenie, to fakt. Na Marku do tego stopnia, że na noc pojechał rowerem do domu… do Łodzi. Spartańskie warunki zmobilizowały nas do spaceru. Pałac w Nieborowie i zachodzące słońce zdecydowanie poprawiły nasze odczucia estetyczne. W Boże Ciało obowiązkowym punktem na naszej mapie był oczywiście Łowicz. Chyba żadnego innego dnia w roku na ulicach miasta nie można podziwiać mieszkańców w tradycyjnych łowickich strojach. Dzieci, młodzież i starsi. Zanim jednak dotarliśmy do Łowicza po drodze na chwilę zatrzymaliśmy się w Arkadii, by zobaczyć jak się buduje i nie kończy. Siłą perswazji przekonaliśmy strażnika, żeby wpuścił nas przed oficjalną godziną otwarcia. Argument, że spieszymy się do Łowicza na procesję najwyraźniej poskutkował.

Gwiazdy TVP

Po drodze z Łowicza zwiedziliśmy skansen kultury łowickiej w Murzycach. Chaty, stara szkoła, czynna karczma a nawet kościół. Można było naprawdę poczuć atmosferę sprzed kilkudziesięciu lat. Niestety wychodki też zabytkowe… W drodze na obiad do Łęczycy zahaczyliśmy o stadninę w Walewicach i oczywiście Tum, gdzie znajduje się kolegiata – perła architektury romańskiej. Po obiedzie niestety wiatr nie ustał, dodatkowo zaczęły gromadzić się na niebie czarne chmury. Nad Uniejowem szaleje burza – ta myśl towarzyszyła nam niemal do granic miasta. Na szczęście burzy nie było, ale deszcz zaczynał już padać. Hitem tego wieczoru zdecydowanie była wizyta w basenach geotermalnych. Sauny, solanki, bicze wodne i oczywiście kubeł zimnej wody, pozwoliło w cudowny sposób odzyskać siły i rozluźnić zmęczone mięśnie. I skóra jakby gładsza… Z Uniejowa wyjeżdżaliśmy ubrani, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej podczas naszej podróży. Silny wiatr i przeszywające zimno nie wróżyły dobrze na dalszą część dnia. Ale wysiłek robi swoje, organizmy szybko się rozgrzały i już po drodze do Warty pozbywaliśmy się kolejnych warstw odzienia. Nasza trasa wiodła niemal cały czas pod wiatr a to szutrowymi ścieżkami a to wałem, to znów wzdłuż wzburzonego Jeziorska. Chęć zobaczenia rezerwatu ptaków pozwoliła nam odkryć nowy skrót i zaoszczędzić kilka kilometrów. W Warcie stawiliśmy się w samo południe.

To już jest koniec…

Punktualność byłą w tym przypadku wskazana, bo w muzeum odbyła się promocja albumu Nadwarciański Szlak Bursztynowy Europejskim Dziedzictwem Przyrodniczo-Kulturowym. Po prezentacji książki przyszedł czas na tradycyjne drożdżówki, bez których nie wyobrażamy sobie już wizyt w tym mieście. W Warcie też dopadła nas Łódzka Trójka. Pierwsze wywiady, podsumowania… i dalej do Sieradza. Po drodze dostaliśmy wiadomość, że grupa cyklistów dołączy do nas w Charłupii Małej. Naprzeciw nam wyjechał sam starosta sieradzki. Ale nie tylko, bo wokoło zaroiło się od żółtych koszulek. Gdy ruszyliśmy w drogę do Sieradza nastąpiło coś w rodzaju „naturalnej selekcji”. Pojechaliśmy własnym tempem i już po kilkuset metrach zgubiliśmy sieradzki peleton. Trochę nam potem było wstyd, ale w sytuacji zorientowaliśmy się dosyć późno. W skansenie prawdziwa uczta staropolska: żurek, prażuchy, kapusta i pierogi. Na deser kawa i ciasto. I deszcz oczywiście… Przeczekaliśmy go i potem w drodze do Konopnicy dosyć skutecznie omijaliśmy. W Konopnicy czekało nas zakończenie rajdu. Takie symboliczne, bo przed nami był oczywiście jeszcze etap do Wielunia. Stoły uginały się pod ciężarem jedzenia a nogi rwały się do tańca. Statystyki przedstawiały się następująco: sześć kobiet i piętnastu facetów. Jak to stwierdziła Grażyna jesteśmy wydajne, więc parkiet w zasadzie pusty był tylko wówczas, gdy kapela z Konopnicy miała akurat przerwę. Ale to nie znaczy, że my też mieliśmy. Pozostawiony bezpańsko mikrofon kusił, więc mordowałyśmy panów przebojami w naszym wykonaniu. Potem zdecydowany prym wzięła Agnieszka, która wraz z Andrzejem świetnie wkomponowała się w konopnickie klimaty. Zabawa pozwoliła zapomnieć o zmęczeniu i o tym, że koniec rajdu zbliżał się wielkimi krokami. Ostatniego dnia dosłownie lunęło z nieba. Wiedzieliśmy, że pojedziemy mimo wszystko, nie straszny nam deszcz ani wiatr, ale gdzieś po cichu liczyliśmy, że przestanie padać. Niestety nie przestawało. Z domków wychodziło się o tyle trudniej, że w piecykach trzaskał wesoło ogień rozpalony przez samego komandora rajdu – Janusza. W końcu wyjechaliśmy. Po drodze trasa Nadwarciańskiego Szlaku Bursztynowego i wizyta w Przywozie u starosty wieluńskiego, gdzie czekał znów nieprzyzwoicie obfity posiłek. Ostatnim przystankiem przed oficjalnym wjazdem do Wielunia był Obiadek pod Kotwicą. Tam mogliśmy się przebrać, bo przestało padać. Po obiedzie wyruszyliśmy do centrum miasta, gdzie powitała nas orkiestra dęta. Oficjalne powitanie i koszulki z logiem miasta. Jeszcze tylko runda honorowa i nadszedł koniec rajdu. Cel osiągnięty: trasa Wilno –Wieluń przejechana.

Rajd ten dedykujemy wszystkim tym, którzy myślą, że pogoda może pokrzyżować jakiekolwiek plany. Pokazaliśmy, że jest inaczej… Zapraszamy do aktywnego wypoczynku!

Jednocześnie dziękujemy wszystkim, którzy wsparli nasz zakręconą imprezę. Panu marszałkowi Włodzimierzowi Fisiakowi, który być może wsiądzie z nami kiedyś na rower, prezesowi Rejonowego Banku Spółdzielczego w Lututowie, Marianowi Ficie, który na dobre zaraził się już bursztynową ideą oraz wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób – dobrym słowem i działaniem - przyczynili się do tego, że III Promocyjny Rajd Rowerowy Szlakiem Bursztynowym doszedł w ogóle do skutku.

Do zobaczenia na bursztynowym szlaku!

UCZESTNICY RAJDU



Orgranizatorzy Rajdu:


- Stowarzyszenie Polski szlak Bursztynowy
- Starostwo Powiatowe w Wieluniu


Współorganizatorzy Rajdu:

-Urząd Marszałkowski w Łodzi
- UAB "Amber Trip" Wilno  


Patronat:
-Marszałek Województwa Łódzkiego


Patronat Medialny:
-Baltic Jewellery

 
 

Projekt i wykonanie solutions4web.net & PabisiakStudios :: Serwis utrzymywany na serwerach filmy IT PRO s.c.